Bractwo rycerskie zamku Bolków Castle Party Productions AlterNation
invite you to:
Promo video
Lineup
  • Tiamat (se)
  • My Dying Bride (uk)
  • Diary of Dreams (de)
  • Arkona (ru)
  • Vive la Fête
  • Suicide Commando
  • Rome
  • In Strict Confidence: Vintage Show
  • NeuOberschlesien
  • Mesh
  • Diorama
  • A Split-Second
  • Frank the Baptist
  • Star Industry
  • Negură Bunget
  • The Angina Pectoris
  • .com/kill
  • Ľahká Múza
  • H.EXE
  • Controlled Collapse
  • Batalion d’Amour
  • Sieben
  • 7JK
  • Jesus Complex
  • Dance On Glass
  • Sweet Ermengarde
  • Blaze of Perdition
  • Dark Side Eons
  • Orbicide
  • K-essence
  • Dividing Lines
  • In Twilight's Embrace
  • Them Pulp Criminals
  • Kasia Lipert
  • Black Tower
  • Ulcer
  • Rigor Mortiss
  • Postcards from ARKHAM
  • Fredrik Croona
  • more soon...
Castle Party on web
AlterNation Music Magazine radio station


CastleParty.com on Facebook
CastleParty.com on LastFM
CastleParty.com on YouTube
Menu





prezentują opowiadanie Piotra Mirskiego

"Prosto w noc"


CZĘŚĆ I

Kiedy zobaczyłam zamek, wznoszący się na wieczornym horyzoncie, zaśmiałam się i pomyślałam: „dokonało się, jasna cholera, świat opustoszał, my go zmieniliśmy w wielki lunapark, a teraz wreszcie trafiliśmy do Disneylandu”. Paweł szedł obok, paląc papierosa – ujrzawszy to co ja, spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Dobrze wiedziałam, że to właśnie tam będziemy dzisiaj nocować.

Świat stał się ziemią niczyją, więc uznaliśmy, że należy do nas. Teraz wydawało mi się, że wszystko, co się wydarzyło, było snem, że pamięć o dawnym porządku to tylko déja vu, defekt zmaltretowanego używkami mózgu. Wybuchła Zaraza i zabiła większość populacji. Nazywali ją Zarazą, bo żadni naukowcy nie dali rady jej zbadać – to stało się zbyt szybko, fala śmierci rozeszła się po świecie, a wśród ruin i trupów zostali ci, którzy dziwnym zbiegiem okoliczności okazali się odporni na chorobę. Byłam wśród nich. Miałam wtedy szesnaście lat i nie uważałam się za szczęściarę.

Rok błąkałam się z szaleństwem w oczach. Wokół były tylko zgnilizna, iskry i cienie. Po pewnym czasie oprzytomniałam i zobaczyłam, że wszystko nieco się uspokoiło – apokaliptyczny burdel zastąpiła wiercącą dziurę w czaszce cisza. Wtedy spotkałam na drodze Pawła. Był pierwszym mężczyzną, jakiego widziałam od dawna, do tego pierwszym, który nie był stary lub oszpecony. Wielki, ponury chłop, w zakrwawionej koszulce opinającej bicepsy. To, co stało się potem, stanowiło chyba wynik działania instynktu przetrwania. Podeszłam do niego, wyciągając dłoń i mówiąc:
-Maja – to nie było moje prawdziwe imię, ale za to wymarzone; Armagedon stanowił chyba niezłą okazję do przemeblowania swojego życia.
-Paweł – odpowiedział, zamykając moją dłoń w niedźwiedzim uścisku, a ja od razu doszłam do wniosku, że ten koleś nie musi niczego na swój temat wymyślać, bo za wszystkie argumenty wystarczy mu ta wielka łapa.
Dalej podróżowaliśmy razem. Bez celu, ale z przytupem. Pieprzyliśmy się w najdroższych hotelach, kradliśmy najlepsze samochody, w pustych kinach uruchamialiśmy projektory, aby organizować dla siebie prywatne seanse. Przetrzebiona Zarazą Polska przypominała lekko zapleśniały szwedzki stół, z którego dało się wygrzebać kilka niezłych kąsków.

A teraz trafiliśmy do tego zagruzowanego Disneylandu. Kiedy wchodziliśmy z Pawłem na dziedziniec, słuchałam właśnie na ledwo zipiącej empetrójce Atari Teenage Riot; w słuchawkach dudniła mi elektroniczna nawałnica, przez którą przebijały się wrzaski muzyków tak zadziornych, jakby mieli w dupie to, czy jutro skończy się świat. Nagle zobaczyłam leżący na ziemi wyblakły plakat – podniosłam go, otrzepałam i zmrużyłam oczy: „Castle Party.... Atari Teenage Riot... Diary of...”.
-Paweł – uniosłam głowę – tu był jakaś impreza i grali na niej Atari Teenage Riot!

Pawła wiele to nie obeszło, ale ja zaczęłam się rozglądać. Te ciche ruiny były kiedyś głośne. Zanim nadszedł koniec, ktoś tu słuchał muzyki, bawił się i pił. Spojrzałam w górę, na pierwsze gwiazdy i ciemniejący fiolet nieba, i nagle dopadł mnie okresowy weltschmerz, świadomość, że już niedługo ktoś ukręci kark naszej podszytej rozpaczą beztrosce. To takie ironiczne i średniowieczne: Memento, kurwa, mori.
Trzeba było rozbić obóz. Paweł rozsznurował worek marynarski, a potem wyjął z niego butelkę wódki i latarkę; tę pierwszą rzucił mnie, tę drugą zapalił, mówiąc:
-Rozejrzę się jeszcze chwilę, a ty możesz już zacząć zamulać.

Nadeszła moja ulubiona pora dnia, kiedy to sięgaliśmy po zabierany ze sklepów i prywatnych domów alkohol, aby systematycznie dziurawić sobie nim organizmy i rozpuszczać mózgi – ot, środkowy palec pokazany naturze, która litościwie uodporniła nas na Zarazę. Pociągnąwszy kilka solidnych łyków wódki, zapaliłam papierosa i usiadłam w kucki z plecami opartymi o ścianę. Gdzieś w dali migała latarka Pawła, a ja chłonęłam nikotynę, czekając na uderzenie zmuły, na pierwsze fale chemicznej radości. Już za chwilę znikną puste miasta i pełne tajemniczego życia lasy, nie będzie też tego zamku, wyjętego żywcem z wyjątkowo pojebanej bajki. Zostaną tylko ciepło w żołądku i przyjemna drętwota całego ciała.
-Maja, kurwa, chodź tutaj, jest gorzej, niż myślałem – głos Pawła drżał.

Zgasiłam peta o mur. Nie, nie, nie. Nie znowu. Nie lubiłam o tym pamiętać, ale po drodze spotykaliśmy często złe rzeczy: świeże trupy, bandytów i szaleńców, którym Paweł musiał wbijać zęby do gardła. Wstałam, zastanawiając się, na co trafiliśmy tym razem.

ciąg dalszy nastąpi...